Moja historia

TL:DR
Nazywam się Adam Klepacz. Ukończyłem studia na kierunku finanse i rachunkowość, a wcześniej zdobyłem tytuł technika informatyka. Pracowałem jako stolarz, budowlaniec, agent ubezpieczeniowy, sprzedawca na słuchawce, a teraz jestem (i już raczej zostanę) programistą. W języku Javascript zawodowo programuje od 2016 roku. Na tym blogu dzielę się moim zrozumieniem bibliotek, wzorców i technologii. Jeśli Cię to zainteresowało, zachęcam do przeczytania dalszej części mojej nieszablonowej historii. Jestem w szoku.

Złe dobrego początki

W 2008 roku rozpocząłem naukę w Technikum nr 2 w Ostrzeszowie na kierunku “Technik informatyk”. W owym czasie, komputery i piłka nożna to były dwie rzeczy, które najbardziej mnie interesowały. Wada wzroku na poziomie -5 dioptrii wykluczała karierę piłkarza, więc los skierował mnie do technikum informatycznego. Wybór ten był pokierowany też innym, nieco bardziej przyziemnym czynnikiem. W okolicy, w której się wychowałem po prostu nie było lepszego wyboru. To tutaj podczas nauki w szkole średniej miałem pierwszą styczność z programowaniem jako takim. Jako że pierwsze programy (tworzone w Pascalu), które pisaliśmy polegały na wyświetleniu choinki z gwiazdek w konsoli – programowanie w ogóle mnie nie zainteresowało. Powiem więcej, uważałem, że to straszna nuda.

MÓJ PIERWSZY PROGRAM WYŚWIETLA CHOINKĘ, ŁIIII!!!

*
**
***
****
*****

Już wtedy jednak byłem pragmatyczny i czułem, że to byłby dobry zawód. Na pierwszej maturze próbnej we wrześniu 2011 roku z całej mojej klasy tylko 3 osoby zdały maturę z matematyki. W tej trójce byłem ja…z wynikiem 31%(chyba nie muszę dodawać, że 30% to było minimum potrzebne do zdania egzaminu dojrzałości). Słabe wyniki zmotywowały. Rok intensywnej nauki, korepetycji z matematyki oraz angielskiego i udało się zdać egzamin na technika, oraz egzamin maturalny z wynikiem przeciętno-przyzwoitym, z naciskiem na przeciętny.

Będę programistem! Choć za bardzo tego nie kumam…

Po ukończeniu technikum informatycznego oczywistym wyborem były studia na kierunku informatycznym. Kolejną oczywistą oczywistością był wybór najlepszej w okolicy technicznej uczelni wyższej, którą była Politechnika Wrocławska. Jako że na informatykę się nie dostałem (bo słabe wyniki z matury), drugim moim wyborem była telekomunikacja. Program studiów zbliżony, a więc potencjalnie otwierały mi one drogę do jakże upragnionej kariery programisty. Niestety życia bywa brutalne i pokazało mi, że braki z matematyki i fizyki, których nabawiłem się w gimnazjum, ciężko było nadrobić. Zrozumienie całek, pochodnych i innych strasznie brzmiących pojęć – nie było mi dane. Na brak sukcesów na studiach złożyło się jeszcze kilka innych czynników. Przed podjęciem studiów wyjechałem do pracy na budowie do Niemiec, gdzie zarobiłem GRUBY HAJS. Posiadając 15 tysięcy złotych na koncie jako student pierwszego roku, czułem się jak pierdo*ony Rockefeller, król życia, szlachcic pośród pachołów.

Wrocław nocą to piękne i szalone miasto. O ile nie ma pandemii na światową skalę, studenckie życie nocne tutaj kwitnie, a kluby i bary wypełnione są po brzegi różnej maści studentami i studentkami. Nie będę zbytnio rozpisywał się na temat moich nocnych ekscesów na ulicach tego miasta, dodam tylko, iż moja edukacja skończyła się po pierwszym semestrze. Nie dotrwałem nawet do sesji. Stwierdziłem, że nie ma sensu do niej podchodzić, skoro nie rozumiem niczego na analizie matematycznej i nie zaliczyłem żadnego innego przedmiotu oprócz rysunku technicznego.

Bolesny powrót na wieś

Po powrocie w rodzinne strony mama podjęła decyzję (z perspektywy czasu uważam, że słuszną), że nie mogę siedzieć na dupie i to na rachunek rodziców. Miałem jak najszybciej podjąć jakąkolwiek pracę. Mój kumpel pracował w fabryce mebli, dwa szybkie telefony i od poniedziałku zaczynałem robotę za 9.5 złotych na godzinę. Bez umowy, na czarno, bez gwarancji, że za miesiąc w ogóle dostanę kasę. I tak tam zostałem – na dwa lata. Nienawidziłem tej pracy i to ona zmotywowała mnie do podjęcia studiów na kierunku finanse i rachunkowość. Po dwóch latach ciężkiej orki za 9.5 PLN/godzinę postanowiłem wrócić do Niemiec, gdzie płacili mi tyle samo, ale w EURO. Kilkanaście tygodni za zachodnią granicą i miałem na koncie tyle oszczędności co po dwóch latach pracy na stolarni. Powrót do Polski, przeprowadzka na stancję z kumplami do Wrocławia, a w głowie już nowy pomysł na życie. Tym razem wypali, na pewno! Jako że ukończyłem studia finansowe, to stwierdziłem, że muszę związać swoją karierę z branżą finansową. Pomyślałem sobie, że nigdy nie widziałem biednego agenta ubezpieczeniowego, więc w sumie chyba warto będzie zostać agentem! Ale co tam praca na etacie, wlećmy w to na grubo. Umowa z siecią franczyzową i od razu własna placówka! No, ale niestety (a w zasadzie na szczęście, bo do dzisiaj spłacałbym długi) nie starczyło kasy na własną placówkę, więc została “umowa partnerska” i mobilny agent ubezpieczeniowy AGENTUS. PL! Ja, moja strona internetowa i rzesze klientów czekających na ulicy, żeby tylko podpisać ze mną nową polisę na swojego świeżo sprowadzonego Passata B5 w TDI.

Życie mówi – SPRAWDZAM!

Depresja, nerwica? Czy ze mną wszystko w porządku?

Przez cały rok sprzedałem jedną polisę komunikacyjną. Jedną. Mojemu szwagrowi. W dodatku przepłacił. Co tu dużo mówić…kolejny pomysł, kolejna porażka, kolejny powrót na wieś. Na początku 2015 roku, dokładnie w Nowy Rok przeżyłem załamanie nerwowe, które docelowo doprowadziło mnie do ciężkich stanów depresyjno-lękowych. Następne trzy ciężkie miesiące spędziłem sam ze sobą w swoim pokoju. Nierówna walka z przeciwnikiem, którego wtedy jeszcze nie potrafiłem nazwać ani zdefiniować. Późną wiosną powrót do pracy, a raczej złapanie “jakiegokolwiek” zajęcia. Pracowałem na słuchawce jako sprzedawca e-papierosów, całymi dniami po angielsku próbowałem przekonywać greków, Niemców i włochów, żeby kupili e-papierosy i liquidy od “lidera” w branży. Długo tam nie popracowałem i już w czerwcu 2015 tuż po obronie pracy licencjackiej wyjechałem z moją dziewczyną do Holandii.

To w kraju tulipanów dostałem prawdziwego kopa w dupę od życia, które pokazało mi, że podejmowane przeze mnie decyzje prowadzą mnie równią pochyłą na dno. Mimo tego, że w dzieciństwie byłem uważany za bardzo zdolnego dzieciaka, to nigdy nie pokazałem pełni swojego potencjału. Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo byłem niecierpliwy i powierzchowny (wciąż z tym walczę). Wszystko, za co się zabierałem, bardzo szybko porzucałem i pozostawiałem niedokończone. To tutaj w Holandii podjąłem decyzję, że wracam do programowania, ale tak na poważnie. Zdałem sobie sprawę z tego, że za kilka lat będę miał 30 lat, być może rodzinę na utrzymaniu i słabo będzie nadal stać przez 12 godzin na taśmie, obierając cebulki tulipanów z błota.

Nauka programowania i pierwsze zlecenia

Jeszcze w Holandii rozpocząłem naukę programowania. Nie było łatwo, gdyż z moją dziewczyną, a dziś narzeczoną – pracowaliśmy często po 12 godzin dziennie (z dojazdami) na plantacji cebulek tulipanów, a potem na magazynie z ciuchami. Miałem cel, ale potrzebowałem pomocy Madzi, aby go zrealizować. Po pracy to ona zajmowała się gotowaniem i ogarnianiem boxów z jedzeniem na kolejny dzień, a ja po szybkim prysznicu siedziałem z laptopem na kolanach i uczyłem się HTML’a, CSS’a, jQuery i podstaw czystego Javascriptu. W Holandii łącznie spędziliśmy około roku. Bolesna kontuzja mojego barku połączona z silnymi objawami nerwicy zmusiła nas do powrotu do Polski. Jako że wytrwałem w nauce programowania już rok, to postanowiliśmy wynająć coś i zamieszkać we Wrocławiu. Po powrocie oboje podjęliśmy “jakąkolwiek” pracę, aby nie przepalać oszczędności. Madzia nadal zajmowała się gotowaniem, pracowała na trzy zmiany. Ja pracowałem na dwie zmiany, a po godzinach się uczyłem. Z uwagi na zmianowość naszej pracy bywało, że praktycznie nie widywaliśmy się przez 5-6 dni w tygodniu. Po powrocie z “roboty”, w kuchni znajdywałem kartkę, gdzie rozpisany był jadłospis na cały następny dzień. Weekendy to czas głównie spędzony na nauce i spacerach (spacery są zajebiste, bo są za darmo). Raz w miesiącu wyjście do restauracji. W tamtym okresie wydatek rzędu 28 złotych na osobę za obiad na mieście – to było dla nas “bardzo drogo”. Ja zarabiałem 2200 PLN, Madzia 1900 PLN, a za mieszkanie płaciliśmy 2000 PLN. Może to jeszcze nie był survival, ale lekko nie było. Łącznie po 1,5 roku nauki i realizacji bardzo małych zleceń na strony internetowe typu agroturystyka, myjnia samochodowa, kilka stron wizytówek – udało mi się znaleźć pierwszą pracę w małej agencji interaktywnej, jako Junior Front End Developer. Doda, iż to, co ująłem w jednym zdaniu, zostało przepłacone niemałą walką. Ponad 300 wysłanych CV-ek do wszystkich firm z sektora IT w okolicy, kilka odbytych rozmów (na moje aplikacje odpowiedziało mniej, niż 10% firm), same negatywne odpowiedzi. Brak doświadczenia, za mało projektów, projekty freelance to nie jest doświadczenie komercyjne itd. itd. Pamiętam, że już chciałem się poddać. To był luty, kolejny ciężki miesiąc walki z nerwicą i własnymi słabościami…siedziałem w kuchni i ryczałem jak dziecko. Czułem, że już dłużej nie dam rady. Swoją przygodę z komercyjnym programowaniem zaczynałem w czasach, gdzie szkoły programowania wręcz “produkowały” juniorów i obiecywały 5K “na rękę” na start! Jakiś obłęd. Jedna z takich szkół do 2016 roku, przez zaledwie 4 lata swojego istnienia wypuściła na rynek ponad 2 000 osób z takim samym skill-setem. W końcu przyszedł przełom…ostatnia rozmowa, ostatnia firma, która w ogóle odpisała na mojego maila. Dostałem pierwszą pracę. Pamiętam, że po powrocie z tej rozmowy znów polały się łzy, tym razem łzy radości, bo czułem, że po raz pierwszy w życiu wziąłem się na poważnie za realizację jakiegoś projektu.

Teraźniejszość

Dziś, jestem programistą z blisko 4-letnim doświadczeniem w branży, a oferty od rekruterów wszelkiej maści ze stawkami od 100 złotych netto na godzinę, spływają do mnie ze wszystkich stron. Wciąż jednak mam dużo pokory, wciąż wiem, że jestem na początku mojej kariery zawodowej i że jeszcze długa droga przede mną do zostania prawdziwym specjalistą w branży. Dziś siadam do kodu, bo mogę, a nie, bo muszę. Dziś siadam do tego z zainteresowaniem, a nie z przymusu. I, choć nie jestem i nigdy nie będę pasjonatem, to wykonywanie tego zawodu i możliwość ciągłej nauki i rozwoju sprawia mi ogromną frajdę. Mam jasno wyznaczone cele krótko i długo-terminowe, które mają za zadanie wyznaczyć kierunek rozwoju mojej kariery zawodowej. W przyszłości chcę zostać architektem oprogramowania, choć lepiej brzmi to po angielsku – “Software Architect”. Prywatnie – czuje, że wygrywam z nerwicą. Ostatnie dwa lata i dwie zimy były dla mnie szczególnie łaskawe. Współpraca z psychologiem, terapia, ale i także łaskawy los, który wynagradza za ciężką pracę – to wszystko składa się na to, iż czuję, że jadę na wozie, a nie pod wozem jak to było do tej pory. Krew, pot i łzy. Tak podsumowałbym ostatnie lata swojego życia. Ale warto było.

Jestem w Grecji.

Podziękowania

Dziękuje Madzi, za wszystko, co dla mnie zrobiła. Za odciążenie mnie od domowych obowiązków, po to abym mógł się uczyć i rozwijać. Gdyby nie Madzia, nie byłbym tutaj gdzie jestem i zawsze będę o tym pamiętał. BTW. Przy okazji sama wspaniale rozkręciła swoją karierę, rozpoczynając od pracownika produkcji po serie awansów stanowiskowych i finansowych, które zaprowadziły ją do miejsca, w którym jest teraz. Teraz to jest Pani inżynier, która kieruje całym działem w ogromnej międzynarodowej firmie z branży automotive. Dziękuje mamie, że od zawsze mnie wspiera w ciężkich chwilach.